środa, 3 listopada 2010

ŁRN "Szczerbiec" w komitecie wyborczym "Wspólnota Łódzka"

Najpierw  były rozmowy, ustalenia, spotkania, później : zbieranie podpisów, składanie wniosków, dokumentów. Na końcu zaś, oficjalnaie zatwierdzenie przez Państrwową Komisję Wyborczą.
Dziś możemy już oficjalnie, z radością poinformować, że w nadchodzących wyborach samorządowych udział weźmie Komitet Wyborczy Wyborców Narodowo- Katolicka "Wspólnota Łódzka". Komitet ten współtworzą członkowie: Ligi Polskich Rodzin, Łódzkiego Ruch Narodowego "Szczerbiec" i Młodzież y Wszechpolskiej.

.Poniżej prezentujemy kandydatów Wspólnoty Łódzkiej do Rady Miejskiej w Łodzi, a także kandydatów do Sejmiku Województwa Łódzkiego z ramienia naszego partnera w wyborach - Ligi Polskich Rodzin. 
Kandydaci do Rady Miasta:

okręg nr 4:
  1. Jan Nikodem Waliszewski,
  2. Tadeusz Jan Gerstenkorn,
  3. Jarosław Rokita,
  4. Adrian Waldemar Struszczyk,
  5. Paweł Michał Pacholczyk
okręg nr 5:
  1. Jacek Kędzierski,
  2. Bogumił Grzegorz Skwark,
  3. Krzysztof Perlański,
  4. Antoni Mirosław Skoneczny,
  5. Mariusz Krzysztof Kożuchowski
     okręg nr 6:
    1. Ewa Agnieszka Śnieg-Kapela,
    2. Michał Bogusław Kujawa,
    3. Witold Kucharski,
    4. Tomasz Stanisław Sobczak,
    5. Piotr Edward Paszkowski,
    6. Tadeusz Mieczysław Stefanowski
     okręg nr 7:

       1. Wiesław Stanisław Jarocki,
       2. Bolesław Tadeusz Matera,
       3. Aleksy Maria Wyszkowski,
       4. Halina Maria Andrzejewska,
       5. Maciej Stanisław Tarnowski
      Kandydaci LPR-u do Sejmiku Województwa Łódzkiego:


      w okręgu wyborczym nr 2:
      1. Jacek Zdzisław Klimczak,
      2. Cezary Manzel,
      3. Marcin Piotr Bogusiak,
      4. Elżbieta Majchrowska,
      5. Henryk Madej.

      w okręgu wyborczym nr 6:
      1. Elżbieta Manzel,
      2. Stanisław Grębski,
      3. Elżbieta Beata Banasiak,
      4. Agnieszka Jarocka,
      5. Iwona Barbara Klimczak
      Oficjalnym kandydatem Wspólnoty Łódzkiej na stanowisko Prezydenta Miasta Łodzi został Jacek Kędzierski

      Zachęcamy do głosowania na naszych kandydatów, a także prosimy o możliwie jak najszersze rozpromowanie konitetu "Wspólnota Łódzka" w internecie, na blogach, na forach i wśród znajomych.

      poniedziałek, 1 listopada 2010

      Samorządność a partyjność.

        Wielkimi krokami zbliżają się wybory samorządowe, wielu mieszkańców, którzy nie są jeszcze do końca zmęczeni naszą wielką polityką lokalną przez małe „w” zastanawia się co ma zrobić i na kogo zagłosować, żeby nie wyrządzić szkody miastu. W tym właśnie momencie stawiam sobie naprzeciw dwa terminy : samorządność i partyjność. Patrząc na obecne warunki polskiej polityki na to kto rozdaje karty i kto jakie stanowiska zajmuje możemy dojść do wniosku, iż są one ze sobą nierozerwalne i jedno bez drugiego istnieć nie może. Wiodące partie chcą poszerzać swoje wpływy na wszystkich płaszczyznach życia politycznego, a samorządy bez ludzi partyjnych pełne byłyby biznesmenów , którzy żyją na wysokim poziomie finansowym, dla których ogromne koszty kampanii wyborczej nie są szczególnym wydatkiem. 

        Bez wątpienia idea samorządności jest dla ludzi, którzy są zainteresowani interesem lokalnym i największą dla nich nagrodą powinien być rozwój regionu , na którego rzecz pracują. Zupełnie co innego obserwujemy obecnie, a czego winą jest partyjność. Priorytetem dla polityków nie są wyniki obserwowane w terenie, a jedynie wyniki na ich własnym podwórku, którym nie jest region, to podwórko jest partią, w której chcą uzyskać jak najwyższą pozycję. Zastanawiam się zatem jaki sens mają wybory samorządowe. Oczywiście dla nas narodowców są one bardzo ważne. Kiedy ruch narodowy miał się w Polsce dobrze, narodowcy wiedzieli jaki potencjał drzemie w władzy lokalnej, ale co teraz kiedy ruch narodowy jest na marginesie? Reasumując. Partyjność i samorządność na obecnej scenie politycznej są nierozerwalne, ale partyjność jest jak rak, który bezlitośnie toczy idee samorządności.

      Maciek Yogi.

      czwartek, 28 października 2010

      Narodowcy przeciw palikotom...



         Każda kadencja demokratycznego Sejmu RP musi mieć swoje naczelne atrakcje. W tej kadencji główną atrakcją jest bez wątpienia Janusz Palikot i jego nowa partia.
      Chore pomysły posła Palikota nie ominęły tym razem Łodzi.
       Wczoraj, 27 października zwolennicy Palikota zebrali się pod Archikatedrą łódzką, a dokładnie naprzeciw siedziby arcybiskupa łódzkiego. Po drugiej stronie stanęli przedstawiciele ŁRN "Szczerbiec", Obozu Narodowo - Radykalnego i Ligi Polskich Rodzin.

      Co do samej akcji "palikotów" - to nie była ona niczym szczególnym, ani oryginalnym. Słabe nagłośnienie, jakieś brednie, które wg organizatorów chyba miały być śmieszne i już tradycyjne ataki na wiarę katolicką. To wszystko na co było stać "oświeconych palikotów'. Na koniec zwolennicy in vitro wtargnęli na pas zieleni, należący do terenu katedry. Policja niestety nie zrobiła nic, choć zgodnie z art.144 kodeksu wykroczeń niszczenie zieleni jest zabronione i podlega karze.

      Narodowcy natomiast, skupili się na merytorycznej formie sprzeciwu wobec dzikim "palikotom" udzielając mediom wywiadów. Na koniec odpowiedzieli zwolennikom in vitro hasłami : "Bóg - Honor i Ojczyzna" oraz "Wielka Polska Katolicka".

      Ciekawym pozostaje fakt nieobecności samego Janusza Palikota. Cóż... najwidoczniej lider tej "prężnej, przyszłościowej" partii ma swoje marionetki w głebokim poważaniu...

      Reasumując - jeżeli partia Palikota ma tak marne pomysły na działalność ( zarówno w sensie merytorycznym , jak i organizacyjnym), to bez wątpienia dostarczy nam jeszcze wiele rozrywki i śmiechu. No chyba, że zwolennicy Palikota wreszcie odstawią pewien popularny, acz bardzo mocny trunek.





      poniedziałek, 25 października 2010

      100 lat za Słowakami

      „100 lat za Murzynami” – takiego zwrotu używamy mając na celu opisanie cywilizacyjnej zapaści, najczęściej w relacjach międzypaństwowych. Otóż na potrzeby tego artykułu pozwolę sobie sparafrazować ów zwrot na … „100 lat za Słowakami”. I bynajmniej nie chodzi mi tu o porównanie poziomu piłkarskich reprezentacji narodowych, bo akurat w tej dziedzinie rzeczywiście jesteśmy 100 lat za Murzynami i to z takich zakątków świata jak Uganda, Gwinea, Benin czy Burkina Faso. Chodzi mi za to o tzw. standardy uprawiania polityki. Jak dotąd nasi południowi sąsiedzi kojarzyli mi się głównie z wybornym smakiem piwa popijanym u podnóża ich części Tatr oraz ze śliwowicą i Becherovką przywożonymi jako pamiątki z wakacji do naszego kraju. Myślę, że i łódzka delegacja ŁRN na Rajd im. Jana Mosdorfa potwierdzi moje pozytywne słowackie skojarzenia. Ostatnio jednak Słowacy udowodnili, że trzeba liczyć się z nimi także w poważniejszych dziedzinach. Oto bowiem słowacki rząd Pani Premier Ivety Radiczovej uzależnił płace swoich najwyższych urzędników państwowych od wyników ekonomicznych państwa! To nie żart – słowaccy politycy sami z siebie zgodzili się na obniżenie własnych uposażeń jeśli wyniki ich pracy nie będą widoczne! Zatem im większy deficyt, tym mniej pieniędzy dostaną członkowie rządu i deputowani. Dodatkowo od przyszłego roku ich pensje zostaną zmniejszone o 210 euro, a pensja Pani Premier o 600 euro. Chylę czoło przed słowackimi politykami za taki gest. Niezależnie od ich orientacji politycznej wykazali się czymś o czym w polskich realiach możemy jedynie pomarzyć – odpowiedzialnością za losy państwa i zwykłą ludzką uczciwością!
      Niestety, w polskiej rzeczywistości standardy polityki wyznaczają ludzie pokroju Palikota, Niesiołowskiego czy ostatnio Andrzeja Pałysa z PSL, którego mogliśmy oglądać w zeszłym tygodniu nawalonego jak szpak (o godzinie 11 rano!) pod Sejmem. Na dodatek na pytanie dziennikarza czy nie powinien on być przypadkiem w tej chwili na obradach zainteresowany wybełkotał, że nie i że wystarczy „dowiedzieć się”, po czym wsiadł nie do swojego samochodu. Oto, szanowni państwo, polskie standardy uprawiania polityki! Pokażcie mi choć jedno miejsce pracy, w którym na legalu można pić alkohol i w żywe oczy olewać swoje obowiązki, tak jak uczynił to przed kamerami Pan Poseł. W normalnych okolicznościach taki delikwent wylatuje z roboty na zbity pysk i to z „dyscyplinarką”! Widać jednak na Wiejskiej obowiązują inne prawa…a raczej bezprawie.
      To niestety nie koniec „igrzysk”, jakie funduje nam nasza klasa rządząca. Dwa kolejne przypadki miały jednak swoje prawdziwe ofiary, co sprawia że sytuacja nie jest już tak wesoła jak dla posła Pałysa kilka dni temu.
      Pierwszym ze wspomnianych wydarzeń był tragiczny wypadek w Nowym Mieście nad Pilicą, w którym zginęło 18 osób. Sam wypadek miał dwa rodzaje przyczyn: bezpośrednią, jaką były warunki pogodowe i prawdopodobnie nieostrożność kierowcy oraz … no właśnie, czy można pośrednio winić tych 18 pasażerów za to, że postanowili do pracy dojechać jednym - zamiast trzech - kursów? Nie wiem. Wiem jednak, że pijarowe zabiegi mediów i polityków zmierzały ewidentnie do tego aby sprawę zakończyć wyłącznie na bezpośrednich przyczynach, a zatem – mgła, wyprzedzanie, lekkomyślność kierowcy i pasażerów… Żadnej głębszej filozofii nad okolicznościami i motywami tego ryzykownego posunięcia, choć wszyscy doskonale wiedzieli że były nimi brak pracy i bieda! Tak się akurat składa, że sam mam rodzinę niedaleko Drzewicy, skąd pochodzili wszyscy uczestnicy tej katastrofy, i wiem z autopsji z jakim cudem graniczy znalezienie tam pracy. Takich enklaw biedy i bezrobocia jest w Polsce oczywiście więcej – wystarczy spojrzeć na tzw. ścianą wschodnią czy „biedaszyby” w Wałbrzychu i jego okolicach. Ta rzeczywistość nijak nie pasuje naszym rządzącym do ich wizji Polski jako „drugiej Irlandii”. Nie dziwota zatem, że sprawę starano się ominąć szerokim łukiem, bez wdawania się w niepotrzebne dyskusje. Był wypadek i tyle! Koniec kropka. Ot, „polskie drogi”. Wydaje się jednak, że tym razem Polacy ewidentnie „nie łyknęli” takiego wyjaśnienia, a ekipa rządząca usłyszała kolejny pomruk niezadowolenia ze strony społeczeństwa…
      Jeszcze większą skalę obłudy mogliśmy oglądać na przykładzie drugiego z tragicznych wydarzeń, jakie dotknęło nasz kraj w ostatnich dniach. Chodzi o atak na łódzką siedzibę PiS i śmierć pracownika tego biura oraz zranienie drugiego. Oczywiście z miejsca rozpoczęły się dyżurne lamenty i ubolewania o języku agresji w polityce. I tu pierwszy paradoks - a kto za ten język odpowiada jeśli nie sami politycy?! Bardzo szybko jednak ze stanu kolejnych „rekolekcji narodowych” wyrwał wszystkich Jarosław Kaczyński, który wprost wskazał winnych całego zajścia. Oczywiście we własnej ocenie. I tutaj dwa wyjaśnienia z mojej strony. Czysto po ludzku współczuję Prezesowi Kaczyńskiemu kolejnego traumatycznego przeżycia na tak krótkiej przestrzeni czasu. Myślę zresztą, że zupełnie niezasłużonego. Jestem w stanie zrozumieć jego postawę i mechanizmy obronne, jakie w tej chwili wytwarza. To zupełnie naturalne kiedy zewsząd jest się atakowanym i lżonym, a na dodatek gdy to samo dotyka najbliższe osoby i rodzinę. A właśnie z czymś takim mieliśmy do czynienia od czasu gdy Donald Tusk obraził się na braci Kaczyńskich za to, że Ci (a nie on) wygrali wybory w 2005 roku i zgarnęli całą pulę. Uważam, że była to data graniczna, od której spór na linii PO-PiS przerodził się z merytorycznego na czysto emocjonalny. Zgadzam się nawet z tym, że prym wiodła tu Platforma, której „język miłości” jest powszechnie znany i sprowadza się do „dożynania watahy” oraz „polowania na kaczki”. Czym to zaprocentowało możemy właśnie oglądać. Nie zgadzam się jednak z optyką wydarzeń Prezesa Kaczyńskiego, wedle której PiS to jedyny sprawiedliwy na polskiej scenie politycznej. Tak się składa, że mogłem uczestniczyć w konwencjach wyborczych PiSu w kilku miastach i pamiętam w jaki sposób była tam przedstawiana Platforma. Nie można także wymazać słów Jarosława Kaczyńskiego o tych co byli po właściwej stronie barykady i tych co byli z ZOMO-o. Wszystko to odbywało się w duchu dzielenia Polaków na lepszych i gorszych. Oczywiście Ci spod znaku PiS to „lepsi”. Nie mogę zatem przystać na wersję Jarosława Kaczyńskiego o wyłącznej odpowiedzialności Platformy za tę zbrodnię, ponieważ trąci mi ona obłudą. Winni są wszyscy politycy od lewa do prawa, zarówno Ci z Prawa i Sprawiedliwości, jak i Platformy Obywatelskiej. Szczególną winą obarczyłbym tu speców od marketingu politycznego i pijaru z obu tych obozów, którzy od dłuższego już czasu stosowali swoje bezmyślne strategie, prowadzące do coraz większego podziału w społeczeństwie i autentycznej „wojny polsko-polskiej”. W żadnym bowiem cywilizowanym kraju podziały na lewicę i prawicę, chadecję i socjaldemokrację czy republikanów i demokratów nie prowadzą do takiego spustoszenia, jakie ma miejsce w Polsce. W każdym cywilizowanym kraju są spory i debaty polityczne, jednak gdy w grę wchodzi interes narodowy (pojęcie obce polskim politykom) następuje szeroki konsensus, a nie dzielenie na lepszych i gorszych patriotów oraz odgrzewanie waśni partyjnych. Nie słyszałem też o przypadkach wyszydzania przez opozycję Głowy Państwa tylko z tego powodu, iż wywodzi się z innej frakcji – godzi to bowiem w powagę samego Państwa. To są właśnie owe standardy uprawiania polityki, o których pisałem i których jeszcze długo musimy się uczyć. Być może wtedy doczekamy się Premiera, który jak mówi, że ma katarskiego inwestora dla stoczni, to znaczy że go ma, a nie że tylko mówi. Premiera, który nie robi z buzi śmietnika i jeśli publicznie deklaruje, że wsadzi do więzienia 23-letniego gnojka, robiącego kolosalny interes na wykańczaniu dzieci narkotykami, to znaczy że to zrobi, a nie tylko zakomunikuje swój zamiar w przychylnych mu mediach. Być może doczekamy się też merytorycznej opozycji, która zamiast w pierwszej kolejności organizować zadymy na Krakowskim Przedmieściu, skupi się np. na pomocy dla powodzian, którzy z niepokojem oczekują na zimę bez swoich domów i mieszkań. Być może. Póki co ewidentnie nie odrobiliśmy lekcji z 10 kwietnia bieżącego roku. Tamta ofiara niczego nas nie nauczyła. Mieliśmy krótkie „rekolekcje narodowe”, takie jak po śmierci Jana Pawła II – mocno nacechowane emocjami, a mało merytoryczne. Chwilę później wróciliśmy do poziomu rynsztoka w polityce, a teraz jesteśmy zbulwersowani zdarzeniami z ostatnich dni. Winę jednak ponosimy my wszyscy – nie tylko media i politycy. Dopóki bowiem autoryzujemy taki styl uprawiania polityki i co 4 lata chodzimy głosować na „mniejsze zło”, to sami sobie jesteśmy winni i sami się oszukujemy. Słowacy pokazali na bardzo prostym, acz konkretnym przykładzie, czego można wymagać od rządzących i jak ich rozliczać. I co niezwykle istotne – przykład poszedł „z góry”. Nie pozostaje nam nic innego jak podążać tą samą drogą!

      Marek

      czwartek, 21 października 2010

      ŁRN "Szczerbiec" na IV Rajdzie im. Jana Mosdorfa

      Foto: ONR Podhale
      Jechaliśmy autobusem już wiele godzin, kiedy pierwsze promienie wschodzącego słońca zaczęły budzić kolejno naszych współpasażerów. Wraz z kolegą kończyliśmy właśnie podróż, której celem był VI Rajd im. Jana Mosdorfa zorganizowany przez Stowarzyszenie Obóz Narodowo-Radykalny „Podhale”. Mimo, że byliśmy jeszcze wiele kilometrów od Zakopanego malowniczy krajobraz polskich gór trwale przykuł do okien pasażerów, którzy jeszcze chwilę wcześniej senni i zmęczeni wielogodzinną podróżą teraz z zachwytem podziwiali poranny widok z autobusowego okna. Trwało do naszego przybycia w godzinach przedpołudniowych 24 września do Zakopanego.
      Leżące u stóp Tatr Zakopane otoczone pięknym górskim krajobrazem z niemniej wyjątkową architekturą – bo niespotykaną nigdzie indziej jest celem 2-3 mln turystów rocznie. Tu właśnie narodził się jedyny, jak dotąd polski styl narodowy w architekturze – styl zakopiański, który później próbowali sobie na próżno przypisać Austriacy i Węgrzy. Tylko tu również można usłyszeć swoistą gwarę i zobaczyć charakterystyczne góralskie stroje. Nie dziwi więc, że w takim wyjątkowym klimacie Podhala pielęgnuje się tradycje, a patriotyzm czy nawet myśl narodowa ma się dobrze (o czym z wielkim bólem pisali dziennikarze Gazety Wyborczej w wydanej przez siebie książce poświęcając cały rozdział Stowarzyszeniu ONR „Podhale”).
      Na dworcu czekał na nas kolega, jeden z organizatorów, z którym poszliśmy zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie pod położonym niedaleko pomnikiem upamiętniającym majora Józefa Kurasia „Ognia” i jego podkomendnych poległych w walce z totalitaryzmem hitlerowskim i komunistycznym (18.08.1946 6. Kompania Zgrupowania Partyzanckiego „Błyskawica” zajęła więzienie UB doprowadzając do uwolnienia 64 więźniów, w tym żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych i Armii Krajowej).
      Następnego dnia 25 września wszyscy uczestnicy Rajdu: przedstawiciele Młodzieży Wszechpolskiej, Ligi Obrony Suwerenności, Małopolskich Patriotów, Obozu Narodowo-Radykalnego „Podhale”, osoby niezrzeszone oraz nasza dwuosobowa delegacja Łódzkiego Ruchu Narodowego „Szczerbiec” zebraliśmy się w „Leśniczówce u Zięby” w Dolinie Chochołowskiej. Stamtąd wynajętym autobusem wyruszyliśmy w okolice Zuberca, gdyż w przeciwieństwie do poprzednich edycji Rajdu, które odbywały się na Podhalu ten miał miejsce na Słowacji. Na miejscu, gdy tylko kierowca zaparkował poza zatłoczonym parkingiem udaliśmy się w górę Doliny Rohackiej. Gdy minęła około godzina naszego marszu krótki postój pod schroniskiem i dotychczas asfaltowa droga zmienia się na typowo górki szlak. Droga staje się coraz bardziej spadzista i coraz bardziej daje się odczuć halny. Wraz z naszym wchodzeniem wyżej i bogatszym krajobrazem rośnie i entuzjazm. Mijamy Jezioro Tatliaka, Smutną Dolinę, Rohackie Stawy. Mimo zanurzonych w chmurach szczytów górskich tego dnia widok słowackich Tatr był zdumiewający. Pomarszczone od halnego lustra mijanych stawów odbijały porozrzucane fragmenty skał. Po kilku godzinach marszu tuż koło Wyżnego Rohackiego Stawu odbyła się dłuższa przerwa, w czasie której Antoni Kardas, działacz Sekcji Młodych ONR „Podhale” wygłosił referat „Kultura, a natura – myśl ekologiczna Jana Gwalberta Pawlikowskiego. Po wysłuchaniu pracy na temat poglądów tego honorowego obywatela Zakopanego, nacjonalisty i jednego z pionierów ochrony przyrody ruszyliśmy dalej. Odtąd szlak schodził w dół i wkrótce doszliśmy do Rohackiej Siklawy – najwyższego wodospadu w Tatrach Zachodnich. Tutaj dotychczasowy szum wiatru zastąpił dużo głośniejszy szum spadającej z kilku metrów górskiej wody, która zraszała powietrze. To jedno z wielu urokliwych miejsc na szlaku (i niestety ostatnie), gdzie nie mogło obyć się bez pamiątkowych zdjęć. Pół godziny później byliśmy już w autobusie i wracaliśmy do Polski. Nasz nocleg znajdował się w schronisku w Dolinie Chochołowskiej, gdzie wieczorem rozpalono ognisko. Oczywiście, jak przy każdym ognisku w przesympatycznej atmosferze nie zabrakło smażonych kiełbasek oraz trunków i dopiero późne godziny nocne zakończyły długie rozmowy uczestników rajdu. Warto zauważyć, że w pobliżu naszego miejsca noclegu w Dolinie Chochołowskiej znajduje się skansen budownictwa regionalnego oraz kaplica wybudowana specjalnie dla serialu Janosik.
      Następnego dnia po śniadaniu mimo deszczowej pogody nie zrezygnowano z kolejnego ogniska, podczas którego wysłuchaliśmy referatu Współczesne rozważania ustrojowe. Narodowy Radykalizm wobec samorządu terytorialnego wiceprzewodniczącego ONR „Podhale”, Norberta Wasika. Rajd dobiegł końca, a organizatorom – kolegom z ONR „Podhale” obiecaliśmy, że delegacja ŁRN „Szczerbiec” zjawi się większą grupą za rok, na planowany na połowę września 2011 roku VII Rajd ku czci Jana Mosdorfa, przedwojennego działacza katolickiego i narodowego, zamordowanego przez nazistów w Auschwitz.

      Kamil
      Foto: LOS Gdańsk

      poniedziałek, 18 października 2010

      Zarzuty dla Pakistańczyka, mordercy łodzianki...

      "Przed Sądem Okręgowym w Łodzi rozpoczął się w poniedziałek proces 38-letniego Pakistańczyka Agnieszki A. Mężczyźnie grozi dożywocie.
      Proces - na wniosek obrońcy - toczy się za zamkniętymi drzwiami. Natomiast matka zamordowanej łodzianki wycofała swój wniosek o wyłączenie jawności, bowiem - jej zdaniem - relacje z procesu mogłyby być przestrogą dla innych kobiet. Wcześniej proces był odraczany z powodu braku biegłego tłumacza.

      32-letnia Agnieszka A. zaginęła na początku czerwca 2009 roku. Jej zwłoki znalazł 17 czerwca przypadkowy kierowca w pobliżu drogi w Dobroniu k. Pabianic. Badania genetyczne potwierdziły, że było to ciało zaginionej łodzianki. Ustalono, że kobieta zginęła od kilku ciosów zadanych nożem w brzuch.
      Prokuratura oskarżyła o zabójstwo jej byłego partnera i ojca czwórki ich dzieci Naeema A. z Pakistanu, który w Polsce handlował tekstyliami i miał szwalnię. Mężczyzna nie przyznał się do winy. Grozi mu kara dożywotniego więzienia.

      W śledztwie ustalono, że mężczyzna przez kilka lat znęcał się nad partnerką. W czasie trwania związku kobieta przeszła na islam. Kilka lat temu jej partner zmuszał ją do uprawiania prostytucji; miesięcznie odbierał od niej 8 tys. zł, a gdy uznał, że to zbyt mało, bił ją.

      Dzieci przebywały w Pakistanie; kobieta musiała płacić ich ojcu, gdy chciała do nich zadzwonić. W 2006 r. Agnieszka A. pojechała po dzieci do Pakistanu. Rodzina ojca zabrała jej i dzieciom paszporty. W końcu łodzianka uciekła z dziećmi, a polska ambasada pomogła jej w powrocie do kraju.

      W Łodzi - ze względu na złe warunki lokalowe - nie mogła zamieszkać u matki. Naeem A. pozwolił jej mieszkać w swoim mieszkaniu i tam też - zdaniem śledczych - doszło do zabójstwa.

      Matka zamordowanej łodzianki przejęła opiekę nad czwórką jej dzieci - chłopcem i trzema dziewczynkami w wieku 7-10 lat - i otrzymała lokal socjalny od miasta. "

      źródło:

      Zastanawiające jest to, że dopiero musiało dojść do tragedii aby policja czy odpowiednie organy władzy zajęły się sprawą. 
      Gdzie też, były/są wrzeszczące o "prawach kobiet" feministki, które z pedantyczna gorliwością neofity potrafią tropić w Polsce przejawy "dyskryminacji" i "przemocy domowej"  przedstawicieli tzw. "patriarchatu".Wygląda na to, że sprawa je w ogóle nie interesuje. Pewnie dlatego bo bohaterem nie jest Polak, tylko Pakistańczyk. I o zgrozo nie jest "typowym katolikiem",  znęcającym się po alkoholu nad swoją biedną partnerką życiową. Tylko pobożny wyznawca Islamu, który "uratował" życie "swojej  kobiecie" nawracając ją na "prawdziwa wiarę".

      środa, 13 października 2010

      ZŁOTA, ŁÓDZKA JESIEŃ…



      Nadchodzący weekend będzie stanowił doskonałą okazję do oderwania się nieco od naszych codziennych spraw i zregenerowania kondycji duchowej. Sprzyjać temu będą – oprócz pięknej, złotej, polskiej jesieni – dwa wydarzenia, jakie mają się odbyć w naszym mieście. Pierwszym z nich będą „Dni Chopina w Łodzi”, kończące powoli obchody Roku Chopinowskiego w naszym kraju. W ich programie znajdą się: uroczysty koncert wieczorny w archikatedrze łódzkiej (sobota 16 października, godz. 19.30 - w programie m.in. muzyka Mozarta oraz oczywiście Chopina w wykonaniu orkiestry Polish Camerata) oraz Msza Święta w dniu rocznicy śmierci Kompozytora (czyli w niedzielę, 17 października 2010 r., godz. 12.30) również w archikatedrze łódzkiej, celebrowana przez Księdza Arcybiskupa Metropolitę (niestety, w nowym rycie…).
      Drugim ze wspomnianych wydarzeń będą „Rekolekcje Maryjne”, które w dniach 16-17 października poprowadzą w Łodzi księża z Bractwa Św. Piusa X. Szczegółowy ich plan znajduje się pod adresem http://www.piusx.org.pl/komunikaty/2010/71 - na rekolekcje będą się składały każdego dnia: wykłady, Msza Święta Wszechczasów w klasycznym rycie rzymskim, nabożeństwo różańcowe, a dla chętnych spowiedź. Rekolekcje odbędą się w kaplicy p.w. św. Piusa V, przy ul. Wschodniej 74 (wejście przez bramę). Dodam tylko, że poprzednie rekolekcje – jeszcze w starej kaplicy – cieszyły się tak ogromnym zainteresowaniem, że zabrakło miejsc siedzących dla zgromadzonych. Podejrzewam, że i tym razem może być podobnie, a dodatkową zachętę powinna stanowić nowa kaplica Bractwa w Łodzi. Jak zwykle przy takich okazjach będzie można nabyć czasopisma i książki, o których ortodoksję możemy być spokojni.
      Gorąco zachęcam do udziału!
      AMDG!
       Marek

      czwartek, 7 października 2010

      Ruch Narodowy

           Krótki czas temu odbył się zjazd zorganizowany przez Janusza Palikota, który zwołał swoich zwolenników poprzez jeden z popularnych obecnie portali dla młodzieży. To dość niepokojące, że lewa strona jest w stanie przyciągnąć młodych  swoimi populistycznymi hasłami, które nie są zbyt oryginalne, a głoszone są w historii już od dawien dawna. Problem jednak w tym, że znacząco wzrasta częstotliwość głoszenia tego lewicowego bełkotu, co bez wątpienia powinno nas martwić.
       
       Zwracam się więc do moich rówieśników, starszych kolegów czy też tych  kształtujących dopiero swoje poglądy, którzy na hasła głoszące na Sali kongresowej w Warszawie  nie dadzą się nabrać, aby nie byli bierni  w czasach ataków na podstawowe wartości cywilizacji łacińskiej. Jeżeli jesteś zaniepokojony obecną sytuacją polityczną, społeczną, czujesz, że to, w  co  wierzysz jest w coraz większej defensywie, a niektóre środowiska starają się Twoje przekonania stłamsić, rusz się – dołącz do nas ! Odbudowuj razem z nami Ruch Narodowy, w którym młodość, idealizm, chęć do działania, wiara w Naród, w nasz Kraj to główna droga naszego życia. Twórz z nami przyszłość Polski codzienna działalnością i postawą. Jesteśmy tacy jak Ty, drogi czytelniku, pracujemy, uczymy się, mamy swoje rodziny, ale łączy nas chęć zmieniania swojej rzeczywistości na lepsze, staramy się być głosem pokoleń. 

       
      Dawniej byliśmy najliczniejszym Ruchem w Polsce. Należeli do niego przedstawiciele różnych warstw społeczeństwa. I teraz możemy, wbrew wszystkim, którzy rzucają nam notorycznie kłody pod nogi, to odbudować. Więc jeżeli nie czujesz się związany z żadnym obecnym obozem politycznym, nie pasuje Ci obóz Palikota , dołącz do nas! Wnieś do organizacji narodowych swoje chęci, pomysły i pasję, z którą będziesz je realizował. Spójrz na swoich politycznych przeciwników - oni nie mają wątpliwości, więc nie miej i Ty!

      „Zaszczepione więc być muszą w życie polskie nie tylko idealizm i uczciwość, prostota obyczajów, poczucie odpowiedzialności i ofiarność dla narodu, ale również i odwaga osobista, zamiłowanie do wysiłku, nieustępliwość wobec przeciwieństw, oraz przede wszystkim ambicja narodowa, ambicja dokonania rzeczy wielkich i pozostawienia po sobie jak największego dorobku dla przyszłych pokoleń."
      Przemysław Warmiński

      KrzychuLDZ

      wtorek, 28 września 2010

      Spotkanie z Gen Aleksandrem Arkuszyńskim-Maj.

      W najbliższą środę o 17.00 - 29 września  w sali widowiskowej na ulicy Tuwima 34 odbędzie się spotkanie z gen. Aleksandrem Arkuszyńskim-Maj, autorem książki "1945 - moja dalsza walka, wyzwolenie, ale czy niepodległość''. Współautor książki o 25 pułku piechoty AK, dowódca oddziału, który rozbił we więzieniu  struktury Urzędu Bezpieczeństwa w Pabianicach. Odznaczony Virtuti Militari i 3 Krzyżami Walecznych.
      Zapraszamy.

      poniedziałek, 27 września 2010

      Łodzianie w szeregach Narodowych Sił Zbrojnych część II

      Przez cały PRL niszczona była pamięć na temat żołnierzy NSZ’u niestety również dzisiaj niektórzy jeszcze posługują się tą czarną zakłamaną legendą wymyśloną, aby niszczyć podziemie niepodległościowe. Naszym zadaniem więc powinno być odkłamywanie historii i z wdzięczności dla ludzi, którzy poświęcali się dla Polski, musimy dbać o ich dobre imię
      jak i przekazywać wiedzę o żołnierzach NSZ kolejnym pokoleniom.

        Moraczewski Jan (1889 – 1987), ps. „Król”, kapitan WP, podpułkownik NSZ

                 Urodził się 15 listopada 1889 r. w Łodzi. Do gimnazjum uczęszczał w Sieradzu i Częstochowie. Uczeń Szkoły Mechaniczno-Technicznej Wawelberga w Warszawie. W latach 1916-1918 służył w Polskiej organizacji Wojskowej w Sieradzu na stanowisku komendanta lokalnej placówki. W latach 1919-1920 brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej w 7 pułku artylerii polowej. W 1921 r. ukończył Wielkopolską Szkołę Podchorążych Piechoty. W latach 1921-1926 służył w 44p. strzelców kresowych w Równem. W tym okresie ukończył również: kurs CKM i broni w Chełmnie, kurs aplikacyjny Oficerów Obserwatorów w Toruniu oraz
      kurs obserwatorów broni w 3 pułku lotniczym w Poznaniu. Pierwszy awans oficerski na stopień podporucznika w 1922 r., porucznik od 1924r. W latach 1926-1927 ukończył Szkołę Obserwatorów. Od lipca 1927 r. do września 1936 r. w 3 p. lotniczym na stanowiskach obserwatora, oficera technicznego, oficera taktycznego, dowódcy eskadry towarzyszącej i referenta mobilizacyjnego pułku. W 1935 r. awansowany do stopnia kapitana i przeniesiony do I kategorii lotniczej. Od 1937 do 1 września 1939 r. w Batalionie Szkolnym Lotnictwa w Dęblinie i Świeciu na stanowiskach oficera personalnego, mobilizacyjnego i ewidencyjnego.
                 W kampanii wrześniowej wziął udział na stanowisku zastępcy dowódcy Batalionu Szkolnego. Internowany przez Armię Czerwoną na Wołyniu. Uciekł z niewoli i w październiku 1939 r. przyjechał do Warszawy. Używał nazwiska „Stanisław Wojciechowski”.
                 Od grudnia 1939 r. w SZP-ZWZ-AK na stanowiskach: dowódcy wywiadu lotniczego na Lubelszczyźnie, dowódcy oddziału lotniczego i referenta wyszkolenia piechoty, artylerii i lotnictwa w „Wachlarzu”, tam też najprawdopodobniej zwiążał się z mjr./płk. Zygmuntem Reliszką „Trzaską”,”Bolesławem Kołodziejskim”. Aresztowany przez Gestapo 2 marca 1941 r. w Zamościu. Uciekł z więzienia. Prawdopodobnie był szefem oddziału lotniczego oraz inspektorem wyszkolenia w okręgu Warszawa-miasto NSZ. 2 stycznia 1943 r. został mianowany majorem ze starszeństwem od 1 stycznia 1940 r. W Grupie „Koło” i Brygadzie Dyspozycyjnej Zmotoryzowanej był zastępcą dowódcy. 15 lipca 1944 r. awansowany do stopnia podpułkownika.
                 W Powstaniu Warszawskim od początku w Brygadzie Dyspozycyjnej Zmotoryzowanej na stanowisku zastępcy dowódcy.
                 Po upadku Powstania w obozie w Ursusie skąd uciekł. Na przełomie 1944 i 1945 r. w Częstochowie nawiązał kontakt z grupą płk. Reliszki, skąd uciekł przed aresztowaniem przez NKWD. 10 marca 1947 r. w Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Poznaniu ujawnił się pod swoim prawdziwym nazwiskiem.
              
                  Od 18 stycznia 1951 r. do 10 grudnia 1951 r. przebywał w poznańskim areszczcie jako więzień śledczy do dyspozycji Sądu Wojewódzkiego w Zielonej Górze. Zmarł w Warszawie.

                 Odznaczony orderem Virtuti Militari V klasy oraz dwukrotnie Krzyżem Walecznych 3 października 1944 r., Krzyżem Niepodległości w 1931 r. oraz Srebrnym Krzyżem zasługi w 1939 r.

            Biografia pochodzi z książki Sebastiana Bojemskiego „Narodowe Siły Zbrojne w Powstaniu Warszawskim”.

      Krzysiek

      sobota, 25 września 2010

      Łodzianie w szeregach Narodowych Sił Zbrojnych część I

                Zapomniani i nadal wyklęci, podczas obchodów rocznicy powstania nie wspominano o nich wcale. Żołnierze NSZ byli jak wiadomo przeciwni wybuchowi powstania, lecz kiedy nadszedł czas i do tego jednak doszło bez zastanowienia stanęli ramię w ramię z innymi
      z armii podziemia by walczyć z niemieckim najeźdźcą .
      Przedstawiam sylwetki ludzi walczących w NSZ w powstaniu warszawskim a urodzonych
      w Łodzi.

      Rogowski Ignacy (1893-1972), ps. „Bolesta Michałkiewicz”, „Józef Kula”, działacz niepodległościowy, kapitan WP, podpułkownik NSZ.

          Urodził się w Łodzi, z ojca Józefa i matki Antoniny z domu Szkudlarskiej. Szkołę średnią ukończył w Łodzi. Po zakończeniu edukacji rozpoczął pracę banku. W 1906 r. uczestniczył w strajku szkolnym. We wrześniu 1910 roku wstąpił do tajnej organizacji młodzieży niepodległościowej „Zarzewie”. Od 1911 r. był członkiem tajnego harcerstwa. Między wrześniem 1913 a sierpniem 1914 r. był członkiem Polskich Drużyn Strzeleckich.
          Po wybuchu I wojny światowej został ewakuowany do Rosji. W 1915 r. powołany
      do armii rosyjskiej. Ukończył szkołę oficerską. W grudniu 1917 r. wstąpił w Omsku do oddziału marszowego I korpusu polskiego. Po rozwiązaniu tego oddziału został aresztowany przez bolszewików. Po uwolnieniu wstąpił do V dywizji syberyjskiej płk. Waleriana Czumy i służył w 1 pułku strzelców im. T. Kościuszki. 11 listopada 1918 roku został ranny w walce z bolszewikami. Po kapitulacji dywizji przedzierał się do Polski. 1 lipca 1920r. dotarł do kraju
      i wstąpił do Brygady Syberyjskiej, z którą wziął udział w wojnie polsko-bolszewickiej.
          W Wojsku Polskim służył w 2 syberyjskim p.p., 58p.p, a do czerwca 1930 r. w 52 p.p.
      W 1931 r. w stopniu kapitana został przeniesiony w stan spoczynku.
          W kampanii wrześniowej wziął udział jako komendant etapu u Gen. Rómmla, 25 września 1939 ranny. Od października 1939 r. działał w konspiracyjnej organizacji – Związek Powstańców Niepodległościowych. Po wejściu ZPN do Armii Podziemnej Ruchu „Miecz
      i Pług” został mianowany zastępcą komendanta warszawskiego okręgu i głównym inspektorem wyszkolenia warszawskiego okręgu. Organizował kursy podchorążych i podoficerskie.
      9 lipca 1944 r. razem z MiP przystąpił do NSZ-AK i 18 lipca tr. Został mianowany zastępcą komendanta okręgu NSZ-AK nr I Warszawa-miasto. Od 1 sierpnia 1944 wziął udział w akcji powstańczej. Pełnił funkcję dowódcy związku 2 DP NSZ. Po zaniechaniu tworzenia wielkiej jednostki dowodził powstańczym zgrupowaniem NSZ „Sęp”.
          Po zajęciu Polski przez Armię Czerwoną aresztowany przez NKWD.
      W latach 1945-46 represjonowany. W wyniku szykan zmarła jego żona.
      Ignacy Rogowski zmarł najprawdopodobniej w Bydgoszczy.
          Odznaczony Virtuti Militari V klasy w 1919 roku i Krzyżem Walecznym za udział
      w wojnie 1920r. W 1938 r. odznaczony Krzyżem Niepodległości. Posiadał także odznaczenia francuskie. W Powstaniu Warszawskim przedstawiony do awansu na stopień pułkownika oraz do odznaczenia Virtuti Militari IV klasy. Za zasługi w działalności konspiracyjnej 1 października 1944r. został przedstawiony do odznaczenia Złotym Krzyżem Zasługi
      z Mieczami.

      Wszystkie biografie, które zostaną podane pochodzą z książki Sebastiana Bojemskiego „Narodowe Siły Zbrojne w Powstaniu Warszawskim”

      Krzysiek

      czwartek, 16 września 2010

      7 IX - Rocznica bitwa o Pabianice.


      W dniu 70 rocznicy bitwy o Pabianice członkowie Łódzkiego Ruchu Narodowego „Szczerbiec”  z Koła "Pabianice" udali się do pabianickiego Parku Wolności w celu uczczenia pamięci żołnierzy 15 pułku piechoty „Wilków” poległych w obronie naszego rodzimego miasta. Po modlitwie o odpoczynek wieczny dla obrońców Ojczyzny złożyliśmy kwiaty oraz zapaliliśmy symboliczny znicz. Tego dnia miała również miejsce rekonstrukcja bitwy. Chwała Bohaterom! 
      Jędrzej Łukasik




       Rekonstrukcja  :


































































      Dla tych, którzy chcą, bliżej poznać historię wrześniowej Bitwy o Pabianice, zapraszamy na spacer...
      Spacer „Szlakiem bitwy o Pabianice” rozpoczynamy w Parku Wolności przy pomniku 15 pułku piechoty „Wilków”, który odsłonięto w 1974 roku. W okolicy Parku Wolności w dniu 7 września 1939 roku rozpoczęła się bitwa w obronie naszego miasta przed nacierającą armią niemiecką.
      W nocy 6/7 września, wśród drzew schroniły się jednostki polskiej 28 Dywizji Piechoty, głównie 15. pułk piechoty „Wilków”, którego dowódcą był mjr Józef Ratajczak i 28 pułk artylerii lekkiej mjr. Wiktora Osiakowskiego. Żołnierze, po ukryciu taborów z zapasami żywności i sprzętem oraz uzupełnieniu amunicji, odpoczywali do świtu. Rano, około godz. 8oo zmotoryzowany pułk SS „Leibstandarte Adolf Hitler” i 17 DP z batalionem czołgów, rozpoczęły natarcie. Po krótkiej, ale zaciętej bitwie Niemcy zostali zmuszeni do odwrotu. Wycofali się na pierwotne stanowisko w Chechle. Stamtąd rozpoczęli trwający blisko godzinę ostrzał artyleryjski polskich pozycji w Klimkowiźnie, Karniszewicach i Parku Wolności. W wyniku tego ostrzału spłonęła prawie cała Klimkowizna, część Karniszewic i prawie cały Karolew. W znacznym stopniu zniszczone zostały stanowiska obronne 15 pp ukryte w Parku Wolności oraz tabory ze sprzętem i żywnością. 

      Park Wolności był przez 20 lat miejscem spoczynku żołnierzy polskich, poległych w tej części miasta, w czasie bitwy o Pabianice, dnia 7 września 1939 roku. W pobliżu cmentarza wojennego z lat 1914 – 1915, wykopano dół o wymiarach 2 na 30 m i głębokości ok. 2 m. W nim pochowano, zwiezione pod nadzorem wojska niemieckiego, zwłoki poległych żołnierzy. Przedtem sprowadzono księdza, który odprawił egzekwie i poświęcił zwłoki. Niemieckie władze wojskowe pozwoliły na ustawienie kilku brzozowych krzyży, które później zlikwidowała administracja niemiecka. Początkowo ludność polska mogła tu przychodzić, składać kwiaty i modlić się. Dopiero na początku 1940 roku wydano zakaz wstępu do parku. Mimo to ludzie przez całą okupację odwiedzali to miejsce, pamiętali o swoich obrońcach. W 1959 r. dokonano ekshumacji zwłok i przeniesienie ich na cmentarz rzymsko-katolicki.
       
      Po prawej stronie ul. Łaskiej znajduje się dawna wieś Karniszewice, a dalej w stronę Łasku - Klimkowizna. Przed wojną w tych wsiach mieszkała znaczna liczba rodzin niemieckich. Wielu Niemców, na krótko przed wojną wyjechało do Rzeszy, aby powrócić z armią, jako przewodnicy w terenie i pomagać nawiązać kontakt radiowy z grupami dywersyjnymi z V kolumny. 


      Przechodzimy przez ul. 15 Pułku Piechoty „Wilków” i po ok. 150 metrach na granicy Chechła i Pabianic znajdujemy mały pomniczek. Jest to miejsce upamiętniające rozstrzelanie, w dniu 8 września 39 r., Janka Piechoty - harcerza z Pabianic, za to, że szedł w mundurze harcerskim, oraz kilku Polaków, mieszkańców z Klimkowizny. Dokonał tego miejscowy Niemiec o nazwisku Gust.


       
      Wracamy do ul. 15 Pułku Piechoty „Wilków” i skręcamy w prawo. Dochodzimy do ul. Gojawiczyńskiej i skręcamy w prawo. Po krótkim marszu skręcamy w lewo w ulicę Karolewską, której przedłużeniem jest ul. Miodowa. Jesteśmy na terenie dawnej wsi Karolew. Od strony pól szło pierwsze i drugie natarcie niemieckie powstrzymywane przez dwa polskie działa przeciwpancerne.
      Niemcy stracili wielu żołnierzy, kilka czołgów i wozów bojowych. Idziemy dalej ul. Miodową (na wschód), przecinamy ul. Wiejską, po chwili skręcamy w lewo w pierwszą drogę – jest to ul. Pawia, którą dochodzimy do ul. Hermanowskiej i dalej do ul. Zagajnikowej. Jesteśmy na zapleczu Szpitala dla Nerwowo Chorych. Skręcamy w lewo i po chwili dochodzimy do ul. Wiejskiej. Skręcamy w prawo. 

      Około godziny 10 Niemcy rozpoczęli drugie natarcie z użyciem znacznej ilości czołgów, aut pancernych i piechoty. To natarcie szło od strony Karolewa i pól prawej strony ulicy Zagajnikowej. Celem tego natarcia było okrążenie i zlikwidowanie polskich sił skoncentrowanych w Parku Wolności. Zniszczone zostało polskie stanowisko artyleryjskie w pobliżu skrzyżowania ulic Wiejskiej i Zagajnikowej, zginęła całą załoga. Ulicą Wiejską czołgi niemieckie dojechały prawie do dworca kolejowego.

      Wędrujemy teraz czerwonym i zielonym szlakiem turystycznym, ul. Wiejską (na północ) do skrzyżowania z ul. Łaską. Osiedle bloków, które mijamy, nosi imię Józefa Salwy. Na pętli tramwajowej, wśród krzewów, stoi niewielki obelisk z płytą pamiątkową poświęconą bo-haterskiemu obrońcy Pabianic Józefowi Salwie. 




      W okolicy skrzyżowania ulic: Łaskiej i Wiejskiej (obecnie jest tu stacja benzynowa) znajdowała się polska placówka artyleryjska. Jednym z obsługujących działo przeciwpancerne był kapral Józef Salwa. Cała obsługa działa zginęła. Józef Salwa, jako ostatni z załogi, do końca bronił swojej placówki. Unieszkodliwił kilka czołgów i wozów pancernych. Zginął od granatu rzuconego z tyłu przez dywersanta. 

      Skręcamy w prawo, w stronę miasta i po chwili jesteśmy przy dworcu PKP. W czasie drugiego natarcia niemieckiego toczyła się zacięta walka o dworzec kolejowy i transport amunicji stojący na peronie.
      Dworca broniła 5 kompania por. Piechowicza. Pierwszy atak na krótko wyparł obrońców z budynku dworcowego, ale kontruderzenie 4. kompanii porucznika Feliksa Kanclerza i dwóch plutonów 6 kompanii ppor. Nasiełowskiego, wspartych przez ogień plutonu strzelców, zmusiło Niemców do wycofania się na pozycje pod Chechłem. 
      Skręcamy w prawo w ul. Szarych Szeregów, przechodzimy przez ul. Moniuszki i skręcamy w ul. Śniadeckiego, którą dochodzimy do ul. Jana Pawła II, skręcamy w lewo i zaraz mamy cmentarz żydowski. W rejonie cmentarzu żydowskim i w pobliskiej ulicy Zagajnikowej znajdowały się placówki I batalionu kapitana Mordwiłki. Tu, podobnie jak na dworcu, toczył się zacięty bój. Dochodziło do walki wręcz na bagnety, a nawet na pięści. Niemieckie czołgi przy wsparci piechoty dokonały wyłomu w polskiej obronie. Kilka czołgów dojechało w okolice cmentarza rzymsko-katolickiego, tam zmuszone zostały do odwrotu przez 9. kompanię ppor. Henryka Woźniaka. 

      Wróg nie zdobył polskiej placówki. Wyborowe siły niemieckie i tym razem poniosły dotkliwą klęskę, zmuszone zostały do odwrotu. Zwycięstwo polskie okupione zostało ciężkimi stratami w zabitych i rannych.
      Zginął ppor. Henryk Woźniak oraz dowódca I plutonu 9. kompanii ppor. rezerwy Kazimierz Woźniak.
      Idziemy prosto do ul. Cmentarnej, skręcamy w lewo i po chwili w prawo w ul. Wileńską, a następnie w lewo w ul. Toruńską. Dochodzimy do ul. Moniuszki, skręcamy w prawo a następnie w lewo w ul. Pomorską, którą dochodzimy do ulicy Zamkowej. Zatrzymujemy się na skwerku. Przed nami (na północ) znajduje się rozległe skrzyżowanie, a w głębi budynki Pabianickich Zakładów Zbożowych (młyn).
      Od rana 7 września tutaj rozlokowały się: pluton pionierów i pluton przeciwgazowy. Po południu artyleria niemiecka rozpoczęła trzeci atak. Pociski z niemieckich dział ustawionych w okolicy Chechła dolatywały aż tutaj. W budynku młyna dywersyjna V kolumna ustawiła swoje stanowisko ogniowe. Żołnierze polscy broniący tego odcinka, byli ostrzeliwani z tyłu, przez nacierających Niemców z boku i z przodu przez dywersantów V kolumny. 


      Skręcamy w prawo i ul. Zamkową idziemy do centrum miasta. Po trzecim natarciu niemieckim oddziały ubezpieczające skrzydła 28 DP, na skutek dużych strat i zmęczenia nie nadawały się do dalszej walki. Generał Bończa – Uzdowski - dowódca 28 dywizji piechoty, wydał rozkaz odwrotu w kierunku Warszawy.
      Późnym popołudniem 7 września, w okolicy kościoła Najświętszej Marii Panny, zaczęły zbierać się główne siły pułku. Część wojska gromadziła się w okolicy Dużego Skrętu. Na dotychczasowych pozycjach pozostały tylko ubezpieczenia.
      Po sformowaniu kolumny marszowej rozpoczął się odwrót ul. Zamkową, Warszawską, Łódzką w kierunku Łodzi. Major Ratajczak, dowódca 15 pp „Wilków, dla zapewnienia bezpiecznego przejścia przez miasto, podzielił kolumnę wojska na dwie grupy. Jako pierwszy rozpoczął wycofywanie I batalion kpt. Michała Mordwiłki z baterią 28 pal i kompanią ppanc. por. Adama Stępnia. Była to kolumna odwodowa, która przez Rypułtowice, Łaskowice, Lublinek miała ominąć Łódź od zachodu i skierować się w okolice Strykowa. Jej zadaniem było ubezpieczanie głównej ko-
      lumny marszowej od zachodu. 

      Skrzyżowanie ulic: Zamkowej, Kilińskiego i św. Jana.
      Umieszczone tu działko przeciwlotnicze obsługiwało trzech polskich żołnierzy. Wszyscy ponieśli śmierć. Ich pamięć uczczono w 1984 r. umieszczając tablicę pamiątkową na ścianie nieistniejącego już Zespołu Szkół Ekonomicznych. Na tym samym skrzyżowaniu 19 stycznia 1945 roku czołg radziecki rozjechał trzech żołnierzy niemieckich obsługujących działo.
      Skręcamy w ul. Kilińskiego i idziemy na południe.
      Na skrzyżowaniu z ul. Moniuszki znajdowała się czata obsługiwana przez żołnierzy 36 pp Legii Akademickiej, która broniła dostępu do miasta od strony Dłutowa. Idąc dalej prosto dochodzimy do cmentarza rzymsko – katolickiego, na który wchodzimy drugą bramą. Odszukujemy kwaterę wojskową. 

      Tutaj, 8 września 1939 r., od rana zwożono i grzebano we wspólnych mogiłach zwłoki żołnierzy polskich, głównie z 15 pp „Wilków”, poległych wieczorem 7 września w bitwie pod Teklinem. Spoczywają tu także żołnierze pochowani w 1939 r. w Parku Wolności, których zwłoki przeniesiono tu po ekshumacji w 1959.
      Na cmentarzu kończy się pierwsza część wycieczki „Szlakiem bitwy o Pabianice w 1939 roku.” Jest to fragment „Szlaku bojowego 15 pułku piechoty „Wilków”. 

      Drugą część wycieczki zaczynamy w centrum miasta, przy SDH „Trzy Korony”. Idziemy (na wschód) ulicą Zamkową, a później Warszawską. Żołnierze 15 pp „Wilków” głodni i bardzo wyczerpani odpieraniem przez cały dzień ataków niemieckich, około godziny 2000 rozpoczęli odwrót w kierunku Dużego Skrętu. Wojsko niemieckie nie podejmowało kolejnych ataków. Główną kolumnę stanowiły II i III batalion 15 pp „Wilków”, pluton pionierów i pgaz., które w pierwszej fazie ubezpieczały kolumnę od przodu oraz pluton kolarzy ppor. rez. Zbigniewa Marcinkiewicza i dwie baterie II dywizjonu 28 pal.

      W głównej kolumnie znajdowało się dowództwo pułku i pododdziały specjalne. Na przedzie szedł II batalion mjr. Waleriana Wieleżyńskiego. Zamykał ją III batalion 15 pp „Wilków” i artyleria 28 pal oraz tabory. Kiedy czoło kolumny przeszło przez skrzyżowanie ulic: Zamkowej, św. Jana i Kilińskiego, nagle zostało ostrzelane.
      Ogień otworzyli, z poddasza budynku (Zamkowa 6), w którym mieściła się niemiecka szkoła handlowa, miejscowi Niemcy z dywersyjnej V kolumny. Skuteczna kontrakcja strzelców I plutonu 4. kompanii pod dowództwem kaprala podchorążego rezerwy Zdzisława Dłutowskiego zlikwidowała to stanowisko. Zginął jeden żołnierz polski i trzech Niemców. Zdobyto ciężki karabin maszynowy. Kilku dywersantów uciekło na teren sąsiadującej ze szkołą fabryki „Kruschego – Enedera”. 

      Około godziny 2100 z okolicy Dużego Skrętu rozpoczęła wymarsz, zgodnie z rozkazem dowódcy dywizji, główna kolumna pułku poprzedzona przez kilkuosobowy zwiad kolarzy. Wojsko pomaszerowało w kierunku Ksawerowa, aby przez Rudę Pabianicką, południową Łódź, Nowosolną
      dotrzeć do miejsca zgrupowania koło Lipek. Kolumnę zamykał czołg zdobyty na Niemcach, który prowadzili kapral Mazurkiewicz i sierżant Władysław Walczak z plutonu pionierów. 

      Idziemy ul. Łódzką. Po przejściu około 1,5 km dochodzimy do skrzyżowania z ul. Żeromskiego (przystanek tramwajowy Teklin).
      Po kilkunastu minutach marszu kolumna znalazła się w okolicy budynku przy ul. Łódzkiej 169. Nagle drogę oświetliły rakiety świetlne, kolumna polskiego wojska znalazła się na linii zmasowanego ostrzału artyleryjskiego. Do naszych żołnierzy strzelano od przodu, z okien budynku na rogu Łódzkiej i Żeromskiego i z lewego boku. Niespodziewany atak wroga wprowadził zamieszanie w szeregach pułku. Poszczególne pododdziały, zanim zajęły pozycje obronne, już poniosły ogromne straty. W krótkim czasie pole bitwy usłane było poległymi i rannymi żołnierzami, zabitymi końmi, zniszczonym sprzętem i wozami. Wojsko ogarnęła panika. Oficerowie i podoficerowie nie mogli zapanować nad pomieszanymi jednostkami. W pewnym momencie do bitwy włączył się zdobyczny czołg, który niszcząc niemieckie cekaemy dodał otuchy naszym żoł-
      nierzom. Dowódcom poszczególnych jednostek udało się wprowadzić ład w szeregach wojska. Niektóre grupy przedarły się przez zaporę ogniową, wielu żołnierzom udało się ominąć zasadzkę, inni przeczekali w polu do odejścia nieprzyjaciela. Pozostali przy życiu w ciągu następnych dni dołączyli do swoich dowódców. 

      Walka trwała około dwóch godzin. Była to nieustanna strzelanina, o dużej sile ognia. Od czasu do czasu cały teren bitwy oświetlały rakiety świetlne. Nagle wszystko ucichło.
      Zasadzkę przygotowali miejscowi Niemcy z V kolumny wsparci prawdopodobnie przez jedną niemiecką kompanię wyposażoną w dwa działka lub moździerz, która przedarła się w ciągu dnia od strony Piątkowiska, przez Pliszkę i Rypułtowice.
      Niemcy przepuścili albo zlikwidowali zwiadowców, aby nie mogli ostrzec nadcho-
      dzącego polskiego wojska.
      Straty poniesione przez 15 pp „Wilków” były ogromne. Poległo blisko 300 żołnierzy, wśród nich dowódca III batalionu major Karol Sadowski. Pułk stracił artylerię i prawie cały tabor. Bardzo wielu żołnierzy było rannych, m.in. dowódca 5 kompanii porucznik Stanisław Piechowicz.
      Idziemy dalej prosto do przystanku tramwajowego Widzew –Żdżary. Stoi tu budynek wyróżniający się architekturą i nieco cofnięty od chodnika ul. Łódzkiej. Przed wojną mieścił się tu Niemiecki Dom Kultury.
      Po zakończeniu bitwy pod Teklinem znoszono rannych żołnierzy i składano ich na podłodze w tym budynku. Okoliczni mieszkańcy w miarę swoich możliwości próbowali pomóc rannym. Przynosili napoje, coś do jedzenia. Lżej rannym opatrzono rany. Brak fachowej pomocy spowodował, że wielu żołnierzy zmarło z wycieńczenia i odniesionych ran. 8 września od rana zwłoki zmarłych i poległych żołnierzy furmankami wywieziono na cmentarz rzymsko – katolicki do Pabianic i tam pochowano we wspólnej mogile, gdzie spoczywają do dziś. 
      Tu zakończyła się wojna dla wielkiej liczby polskich żołnierzy. 15. pułk piechoty „Wilków” utracił swoje formy organizacyjne. Jego siły zredukowane zostały do dwóch kompanii według etatów wojennych. Tu również zakończyła się bitwa pabianicka i kończy się nasz spacer.

      Opracowanie na podstawie:
      1. Andrzej Pasiński – 15 pułk piechoty „Wilków” 1918 – 1939
      Instytut Historii Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 1999
      2. Roman Peska – Bitwa Pabianicka
      Oficyna Wydawnicza „Pamięć” Pabianice 1998
      Opis trasy: Jolanta Łacwik – Becht
      Foto: Włodzimierz Becht
       

      piątek, 10 września 2010

      ZAKOŃCZENIE PEREGRYNACJI i ROCZNICA ODSIECZY WIEDEŃSKIEJ !

      W najbliższą sobotę 11 września o godz.10 na Placu Katedralnym – w obecności Episkopatu Polski – zgromadzi się Kościół łódzki na wspólnym dziękczynieniu za Nawiedzenie Królowej Polski w Jej Jasnogórskim Obrazie w parafiach archidiecezji. PRZYJDŹ I WEŹ UDZIAŁ ! OSOBIŚCIE PODZIĘKUJ ZA ŁASKI OTRZYMANE PODCZAS NAWIEDZENIA !

      Gorąco zachęcam do uczestnictwa w tym dziękczynieniu – mimo, iż program uroczystości nie przewiduje niestety Mszy Świętej Wszechczasów w czcigodnym rycie rzymskim – oraz do modlitwy w intencji Ojczyzny. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, dzień po zapowiadanym dziękczynieniu na Placu Katedralnym (czyli 12 września), będziemy wspominać rocznicę odsieczy wiedeńskiej króla Jana III Sobieskiego. W kontekście ostatnich nawoływań Muammara Kadafiego do przejścia Europy na islam jest to doskonała okazja aby uzmysłowić sobie szczególną rolę Maryi w historii nie tylko naszego Narodu, ale i Europy. Wiedeń to tylko jeden z takich przykładów. Koniecznie trzeba też wspomnieć o Lepanto ! W obu tych przypadkach Europa zdołała obronić swoją cywilizację przed naporem islamu właśnie dzięki szczególnej opiece Najświętszej Maryi Panny ! To Jej pomocy uroczyście wzywali papieże, a w zamian za otrzymane łaski ustanawiano szczególne święto ku Jej czci (12 września i 7 października). Jak bardzo Europa oddaliła się od swoich korzeni nie muszę chyba nikogo przekonywać… Zachęcam zatem w najbliższe dni do udania się pod te sztandary, pod którymi walczył Jan Sobieski oraz do gorącej modlitwy nie tylko w intencji Ojczyzny, ale i całego kontynentu europejskiego !

      Marek

      środa, 8 września 2010

      Historia Lwowa nie w smak Ukraińcom


      W sobotę 4 września na stadionie łódzkiego Widzewa rozegrany został towarzyski mecz, w którym zmierzyły się reprezentacje Polski i Ukrainy. Choć naszych kibiców z pewnością ucieszył gol Ireneusza Jelenia strzelony gościom w 41 minucie meczu, to niestety pod sam koniec Ukraińcy wyrównali i spotkanie zakończyło się wynikiem 1:1. To tyle, jeśli chodzi o skrót tego wydarzenia w obrębie boiska. Warto jednak zwrócić uwagę na pewien incydent, do którego doszło na trybunach stadionu przy alei Piłsudskiego.

      Płoty dzielące trybuny i boisko przyozdobione zostały jak zwykle flagami z różnych stron Polski i nie tylko, bo w oczy rzucało się płótno kibiców z Londynu. Wśród owych flag znalazła się także jedna przywieziona przez dwójkę kibiców Unii Tarnów, która upamiętniała przedwojenne lwowskie drużyny, legendarne już dla polskiej piłki nożnej - Czarnych, Pogoń i Lechię. Flaga prezentowała na swych 13 metrach długości godło narodowe, napis kolebka polskiej piłki LWÓW, herby wspomnianych klubów i polski herb Lwowa ozdobiony orderem Virtuti Militari. Tło stanowiły polskie barwy narodowe - biel i czerwień. Flaga ta zdobiła płot od godziny 14:30, lecz pięć minut przed rozpoczęciem meczu zjawili się pod nią pracownicy firmy ochroniarskiej i, wbrew protestom właścicieli flagi, zerwali ją, depcząc przy tym polskie godło i barwy. Odzyskać płótno zobowiązali się kibice Widzewa, jednak okazało się to możliwe dopiero po zakończeniu meczu. Dlaczego? Otóż owa flaga nie spodobała się Ukraińcom, którzy zagrozili, że z jej powodu nie wyjdą na boisko, więc została usunięta na żądanie działaczy PZPN. Wtedy mecz mógł się rozpocząć, jakby nic się nie stało.

      Powstaje jednak pytanie: cóż złego było w tej fladze? Czy fakt uczczenia drużyn, które były pionierami polskiej piłki nożnej jest czymś złym? Przypomina mi się, jak Polska milczała, gdy dzisiejsze władze Lwowa przeprowadziły akcję reklamową rozwieszając w całym mieście plakaty upamiętniające ukraińskich SS-mannów w służbie hitlerowskich Niemiec, odpowiedzialnych za liczne morderstwa ludności polskiej - w zestawieniu z tym faktem kwestia flagi Lwowa z ostatniego meczu reprezentacji niesamowicie blednie. Kiedy więc skończy się ta wiecznie służalcza postawa Polski względem innych narodów? Prawdopodobnie nigdy, jeśli nawet w tej sprawie sami nie będziemy potrafili podnieść głosu.

      Dębowy